sobota, 14 sierpnia 2010

Łazienki, moje Łazienki

       Do parku wbiegaliśmy grupą - "na polanę". Tam rosły dzikie jabłka, ktoś twierdził, że "rajskie".
Kiedyś zrobiliśmy zawody, kto zje więcej i nie dostanie sraczki, i okazało się, każdy z nas odmówił kolacji.
Nasze mamy w przedziwny sposób dowiadywały się wszystkiego lotem błyskawicy - surowo zakazały nie tylko "rajskich konkursów", ale niektóre, ku naszej rozpaczy, zabaw "na polanie".
Wtedy, w tajemnicy, i tak zbieraliśmy się jak dawniej - przez dziurę w parkanie, w przeciągu kilku minut, byliśmy "w Łazienkach". Znaliśmy tam każdą alejkę, płoszyliśmy wiewiórki i śledziliśmy wycieczki, spierając się skąd przyjechali turyści i jakim mówili językiem. Jedni przysięgali, że to Ruscy, drudzy, że Szwabi, a inni, że to przecież Enerdowcy...

Pamiętam Baśkę - siedziałam z nią w jednej ławce w klasie, mało nie wyzionęła ducha, kiedy mnie zarzuciła na swoje plecy i tak uciekałyśmy w stronę wyjścia. Gonił nas facet, który w krzakach wyjął fiuta i nie sikał, tylko nim potrząsał! Takich facetów było sporo, więc postanowiliśmy ich pogonić.

Nazbieraliśmy kwaśnych jabłek i ruszyliśmy "w bój", pokrzykując: "naaa waaariata!". Przestaliśmy się, jak to było na początku, nerwowo zaśmiewać i byliśmy przekonani, że trzeba działać. Nie mogłam biegać , dlatego siedziałam na "czatach" i wydzielałam jabłka. Oczywiście, spodnie obowiązywały każdego, dziewczyny w sukienkach wracały do domu, żeby się w galopie przebrać. Czekałam na relacje, gdy powracali z "bitwy" - nasłuchałam się, że okropnie dużo "fiutów" przegonili z krzaków, że uciekali ze spuszczonymi gaciami, i w ogóle żaden za nimi nie biegł, ale gnał, aż się kurzyło, w zupełnie przeciwnym kierunku...
Baśka powiedziała mi na ucho, że jeden się rozpłakał.

Wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że to jest nasz sekret, specjalna misja i nie wolno tego nikomu wygadać. Ten, kto "puści farbę", będzie miał "przechlapane".
Okazało się, że wygadał Tadek. Następnego dnia, jak powiedziała jego siostra, Tadek nie mógł przyjść, bo musiał iść do fryzjera. Do "Pana Józia" zaprowadził go tata, zresztą każdy tam się ścinał. Jakoś lubiłam Pana Józia, mimo że mnie ścinał, jak mówiła Zośki mama, "pod garnek". Wszycy znali jego opowieści o koniach, które zostały w rodzinnej wiosce, a bardzo je kochał, chociaż cholery ( to mówiąc wznosiły się, jakby pod sufit tej małej klitki , jego brwi, i wyglądały jak wyjątkowo ruchliwe pędzelki ). Na pewno nie nadawały się, żeby wygrywać na Służewcu, wzdychał, zapewniając każdego, że został fryzjerem i w ten sposób musi teraz ciężko zarabiać na chleb.

Na Czerniakowskiej, "U Pana Józia", zawsze było wielu klientów, ale czas wcale się nie dłużył, bo Pan Józio wiedział wszystko. Tadzio wypaplał, kiedy fryzjer zauważył, że jego ucho miało dość głęboką szramę - opowiedział, że szrama pochodzi z "bitwy" i że zahaczył o gałęzie. Od słowa do słowa i wyszła na jaw nasza misja....

Dobrodusznie, choć nie bez fanta (musiał fundnąć kilka torebek oranżady w proszku i przynajmniej pół kilograma cukierków "pudrowych") - prawie zgodnie, okazaliśmy Tadkowi wspaniałomyślność - dla nas było pewne, że przed Panem Józiem nic się nie ukryje.
Na przykład: nikt nie wiedział, dlaczego ojcu Hani, pod budką z piwem, tej, zaraz po prawej stronie od wejścia do parku, ktoś poderżnął gardło. Pan Józio twierdził, że to wcale nie była pijacka burda, bo przecież ojciec Hani był ubekiem i sobie zasłużył...
Długo rozmawialiśmy między sobą, co to może być za zawód i jak się, będąc "ubekiem", zarabia na chleb, ale nikt nie umiał tego wyjaśnić. Tadek zapytał ojca, ale ten odpowiedział, żeby się zajął swoimi dwójami z matmy, a nie "sprawami dorosłych" i na tym się skończyło.

Biedna Hania, tylko usłyszeliśmy od niej, że nagle popłynęła biała piana
i ojciec trzymał się za szyję, i próbował wołać o pomoc , ale wszyscy zostawili swoje kufle i dali dyla, a ona wrzeszczała "ratunku!", kręciąc się wkoło jak bąk. Potem ojciec upadł i już nie żył.
Obiecała nam więcej opowiedzieć następnego dnia, ale okazało się, że wyjechała. Za miesiąc wprowadzili się tam Jurek i Anka.

A Pan Józio dalej strzygł, my znowu biegaliśmy "na polanę", ale już nie ganialiśmy "wariatów". Anka i Jurek zarazili nas nową zabawą! Od rana ustawialiśmy się przed wejściem do parku i czekaliśmy na autokary. Wysypywały się z nich tłumy zwiedzających. A każdy z nich, no prawie
każdy, miał coś dla nas: trochę czekolady, cukierki - najfajniejsze, bo "dziewczyńskie" były pierścionki - mnie trafiały się najpiekniejsze - dziewczyny mówiły, że ludzie litowali się nade mną, bo mocno kulałam. Zazdrościły wielkich fioletowych albo niebieskich oczek i twierdziły, że tylko ja dostawałam szczerozłote - no, może nie wszystkie, ale bez wątpienia większość pierścionków była "mocno pozłacana".

3 komentarze:

  1. Bardzo piękne wspomnienie, ciepłe i wzruszające.

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję kochane dziewczyny,
    serdecznie pozdrawiam)

    OdpowiedzUsuń